Bardzo często rozmawiamy z Bartkiem o tym, gdzie to byśmy chcieli wyjechać w podróż. Mimo, że wszystkie nasze wyjazdy są dość spontaniczne, gdzieś tam w głowie układamy sobie podróżnicze plany. Na Bartka liście zawsze pojawia się Azja, no i kraje skandynawskie. Mnie od zawsze kręci Ameryka Łacińska i mam nadzieję, że w końcu dopnę swego i zawitamy tam całą rodziną.

Decyzja, żeby w tym roku wakacje przełożyć na okres jesienno-zimowy wynikała głównie z powodów zawodowych. Lubimy też przedłużyć sobie lato i kiedy wszyscy w Polsce ciągną nosem, wygrzewać się w słońcu. Kombinowaliśmy, szperaliśmy… miała być Dominikana, miało być Bali…

 

Wyszło jak zwykle – spontanicznie

W pewną niedzielę koło południa, Bartek pokazał mi super ofertę na lot z Londynu do Nowej Zelandii i później na Filipiny. Nowa Zelandia widniała na liście naszych marzeń, ale raczej bardzo odległych. W końcu to drugi koniec świata! Okazja jednak była niepowtarzalna. Szybko przeliczyliśmy urlopy, sprawdziliśmy jak wygląda sytuacja z bezpieczeństwem na Filipinach i wieczorem bilety były już nasze.

Dobrym pretekstem do wyjazdu, były też 30 urodziny Bartka, które mogliśmy świętować po drugiej stronie globu. No i miałam ułatwioną sprawę z prezentem urodzinowym – skok spadochronowy z prawie 6 km nad zjawiskowym lodowcem Franciszka Józefa, to było coś! Ale o tym następnym razem, bo jest co opowiadać.

Franc Joseph Glacier