Chyba każdy zna historię najsłynniejszej pary kochanków – Romea i Julii. Pewnie dlatego do Werony walą takie tłumy. Niestety. Ja oczekiwałam romantycznego zakątka, z ładnym ogrodem i słynnym balkonikiem, z którego Julia wolała swojego Romea, a trafiłam na dziki harmider, jak na tureckim targu.

Mały dziedziniec z wejściem przez bramę, stał się tłem do pisania żali i lamentów o nieszczęśliwej miłości oraz na pozostawianie listów do Julii, na które – uwaga – odpisują wolontariusze! I tak kręci się biznes. Gdyby tylko Szekspir o tym wiedział…

Na całe szczęście Werona to nie tylko kamienica Julii i popularny deptak. Jeszcze nie raz przeczytacie, że często lubimy się „zgubić” i pobłąkać nieopisanymi w przewodniku uliczkami. Jestem pewna, że jesteśmy wtedy świadkami o wiele ciekawszych wydarzeń i widzami o wiele ładniejszych obrazów, niż te, z przed witryn ekskluzywnych sklepów czy popularnych restauracji i cukierni. W podróżowaniu z dzieckiem jest jeszcze jeden duży plus takiego bardziej ciekawskiego zwiedzania – ominięcie tłumów umożliwia Maluszkowi samodzielne eksplorowanie. Niezgrabne jeszcze ruchy Marcelki nie są tak niebezpieczne, jak między lasem nóg tysiąca turystów. No i możemy sami wyznaczać sobie tempo naszego marszu przez miasto.

Werona miała być słodka i romantyczna, a okazała się duszna i tłoczona. Na szczęście odkryła przed nami swoje drugie ja, w którym spokojnie mogliśmy się zakochać :)